Aktualności‎ > ‎

Wywiad z absolwentem ks. dr Kazimierzem Ligęzą

opublikowane: 7 kwi 2018, 08:25 przez Szkoła Podstawowa im. Stanisława Staszica w Bobowej




Wywiad z absolwentem 

 ks. dr Kazimierzem Ligęzą

przeprowadzony przez uczennicę Martynę Popielę 

i dyrektora szkoły Adama Urbanka

dnia 5 kwietnia 2018 roku 

podczas obchodów Dnia Patrona Szkoły



 

- Jak wspomina ksiądz naszą bobowską szkołę podstawową?

- Krótko mówiąc bardzo miło. Czuję się zaszczycony będąc tu dzisiaj. To jest dla mnie trochę niezręczna sytuacja, bo wiem, że jestem wśród swoich, którzy mnie uczyli, którzy pamiętają. Mój życiorys był pięknie przedstawiony, ale nie było aż tak pięknie. Zawsze jest mi miło wrócić do Bobowej, zawsze serce bije mocniej, jak się przejeżdża koło szkoły, byłego domu rodzinnego, cmentarza, kościoła. I to jest ciekawe, że wraca się na ogół do szkoły podstawowej, mija się wszystkie lata studiów, seminarium i szkołę średnią, a wraca się właśnie do szkoły podstawowej. Mam miłe wspomnienia, ponieważ dzieciństwo i młodość są zawsze atrakcyjne i nie pamięta się złych rzeczy. Pamięta się dobre rzeczy.

- Jaki był księdza ulubiony przedmiot nauczania w szkole? Którego ksiądz nie lubił?

- Gdybym się chciał podchlebić tutaj nauczycielom, to powiedziałbym, że nauczanie techniczne było dla mnie bardzo ciekawe. Ulubionymi przedmiotami były: geografia, język polski, ale w tym czasie chyba bardziej wychowanie fizyczne. Mieliśmy dobrą drużynę sportową. Wtedy Pan Olek Ziobrowski uczył naszą klasę wychowania fizycznego i chemii. Ja lubiłem chemię. Muszę powiedzieć, że to co się nauczyłem w szkole podstawowej, wystarczyło mi na trzy lata w szkole średniej. Ale do wszystkiego trzeba dojrzeć. W pewnym momencie, studiując filozofię i teologię w seminarium, poczułem zamiłowanie do czytania, dorosłem do tego, aby polubić poezję.

- Którego nauczyciela zapamiętał ksiądz i dlaczego? Kto był autorytetem w dzieciństwie?

- Ja wszystkich bardzo dobrze pamiętam. Zawsze z perspektywy czasu wspomina się miło ludzi. Ja wspomniałem już dzisiaj Pana Olka Ziobrowskiego. On był naszym krewnym, moim i Wacława, był naszym dalszym kuzynem, czego wcześniej nie wiedziałem. Był bardzo dobrym nauczycielem, jeśli chodzi o fachowość w chemii. Bardzo atrakcyjnie uczył nas wychowania fizycznego. W tym czasie dla młodego, kilkunastoletniego chłopaka był takim cichym autorytetem. Jak się później okazało, jako ksiądz odprawiałem jego pogrzeb w Bochni i mogłem też powiedzieć kilka słów na jego temat.

- Wiemy, że miał ksiądz same oceny bardzo dobre.  Czy miał ksiądz jakieś słabości? Jakim ksiądz był uczniem?

- Krótko mówiąc nie byłem nikim nadzwyczajnym, jak każdy chłopak w tym czasie. Były plusy i minusy. Były różne przeżycia, które emerytowani nauczyciele pamiętają albo nie pamiętają. Czasem zdarzały się jakieś małe ucieczki, quasi-wagary, czasem kombinowanie, odpisywanie zadania od kogoś.

- Kiedy ksiądz odkrył swoje powołanie?

- Z powołaniem było tak: kiedy byłem w szkole średniej wikariusz ks. Szewczyk zgromadził nas, koleżanki i kolegów mniej więcej w tym samym wieku, w taki zespół, który miał się udzielać zarówno w szkole jak i w kościele. Na bazie tego dorastałem do tego momentu, aby powiedzieć Panu Jezusowi „tak”.

- Co skłoniło księdza do wyjazdu do USA?

-  Mój młodszy brat Jan jest też księdzem na Florydzie. Został tam wyświęcony. Studiował w Waszyngtonie na Uniwersytecie Katolickim. Ja pojechałem na jego wyświęcenie i na jego prymicje odbywające się na Florydzie. Kiedy się rozglądnąłem, wszystko mi się tam podobało. Ciepły klimat. Tam praktycznie nie ma zimy. Cały rok jest ciepło. Ptaszki śpiewają. Kwiaty kwitną. Myślę sobie, byłoby ciekawie, gdybym mógł się tutaj znaleźć. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak się to może stać, czy biskup mi pozwoli. Po święceniach rozmawiałem z biskupem przy pomocy tłumacza, bo wtedy nie znałem jeszcze dobrze angielskiego. I tamtejszy biskup mi mówi: Gdybyś chciał tu przyjechać, to masz otwarte drzwi. Gdy biskup ci pozwoli, rób wszystko, aby tu przyjechać. Masz tutaj brata, a my mamy mało księży. Dużo katolików przybywa na Florydę, zdobywa pracę, natomiast nie ma księży. Nam potrzeba księży dwujęzycznych: mówiących po angielsku i po hiszpańsku, bo na Florydzie ¾ ludzi pochodzi z krajów latynoskich. Wróciłem do Polski. Poprosiłem biskupa o pozwolenie. Biskup pozwolił mi wyjechać. Dostałem stypendium językowe. Pojechałem najpierw na dwa lata. Później po dwóch latach wróciłem, aby znowu wyjechać i tak to już jest od 2005.

- „Z Bobowej do USA” czy to była łatwa droga?

- Można powiedzieć: i tak, i nie. Ja musiałem się zderzyć najpierw z inną kulturą, inna mentalnością. To jest wyzwanie dla każdego, kto wyjeżdża za granicę. Kto ma rodzinę za granicą, kto od czasu do czasu wyjeżdża, to wie, o czym mówię. Inny język, inny klimat. Największym wyzwaniem było dla mnie, żeby pokonać pewne bariery, które miałem, ale myślę, że nasza polska dusza wszędzie się dobrze odnajduje i okazało się, że po paru miesiącach bardzo dobrze się tam odnalazłem.

- Czego najbardziej brakuje księdzu w USA, a co najbardziej zachwyca?

- Czego mi najbardziej brakuje? Pewnie polskiego jedzenia. A co mnie najbardziej zachwyca? Ameryka ma wszystkie klimaty. Pięć godzin różnicy czasu od Wschodniego do Zachodniego Wybrzeża. Można sobie zrobić wakacje na Florydzie, gdzie jest upał 300. Można jechać do Kolorado albo na północ Ameryki i jeździć sobie na nartach. Ameryka jest piękna.

- Czy planuje ksiądz powrót do Polski na stałe?

- Właśnie teraz trwa mój proces przejścia do tamtej diecezji. Po 14 latach biskup mnie poprosił, abym się w końcu zdecydował, w której chcę zostać diecezji. Diecezją własną jest moja diecezja tarnowska, w której zostałem wyświęcony. Tam, gdzie pracuję, mogę być wkomponowany w duchowieństwo. Ja przyjeżdżam do Polski przeważnie 3-4 razy do roku. Jak mówię, że jadę do Polski, to mnie pytają, to znowu ksiądz jedzie? Mają takie poczucie, że wystarczyłoby przyjechać raz w roku. Planuję powrót do Polski na stałe, gdy przejdę na emeryturę. Z rodziną, znajomymi, przyjaciółmi kontaktuję się przez skype.

- Jaki jest zdaniem księdza przepis na sukces życiowy?

-  Ja myślę, że warto się uczyć języków obcych. To jest pierwsza bariera, którą się musi pokonać. Cieszy mnie duża ilość polskich studentów przyjeżdżających do Ameryki na wymiany. Dawniej widziało się Polaków skrytych gdzieś przy kościele, pracujących nielegalnie, tak jak dzisiaj widzi się pracowników z Meksyku czy uboższych krajów Ameryki Południowej. Cieszy mnie fakt, że przyjeżdżają młodzi Polacy mówiący dwoma, trzema językami, pewni siebie, jednocześnie pełni pokory. Takich studentów amerykańskie uczelnie szukają. I ci studenci mają teraz dylemat, czy zostać na uczelni, robić karierę, czy wrócić do Polski. Zatem należy się uczyć języków, być ciekawym świata, mieć pasję i samozaparcie i wtedy można zdobywać wszystko.

- Co poradziłby ksiądz naszym uczniom, którzy chcieliby mieć znaczącą pozycję zawodową?

- Właśnie to, o czym mówiłem. Samozaparcie, inteligencja. Ja wykładam na uczelni św. Leona – to jest najstarszy Uniwersytet Katolicki na Florydzie. Mieszkam w największym miasteczku studenckim na Florydzie. Jest tam największy uniwersytet w tym stanie, znany na całym świecie z koszykówki, bo studenci zdobywają mistrzostwa Ameryki. Wracając do pytania, jeżeli będzie się mieć samozaparcie, cel w życiu, do którego się dąży, to wszystko jest możliwe.

- Czego Amerykanie mogliby się uczyć od Polaków?

- Myślę, że wielu rzeczy, ale w szczególności umiłowania wolności, waleczności, co podkreślał Prezydent Ameryki Donald Trump w swoim wystąpieniu podczas wizyty w Warszawie. Ja, siedząc przed telewizorem, byłem wtedy dumny jako Polak, bo wszystkie kanały amerykańskie transmitowały na cały świat, jak dzielnie Polacy walczyli w Powstaniu Warszawskim. Zaimponowało mi, kiedy Amerykanie poznawali historię Polski. Cechy Polaków, które podobają się Amerykanom to: waleczność, niepoddawanie się i wolność – to co zawsze towarzyszyło nam w historii.  

- Dziękujemy serdecznie za wywiad.